Zdrewniałe ręce | O powieściopisaniu

by

Zdrewniałe ręce. O powieściopisaniu

 

O zdrewniałych rękach, drętwych przekonaniach i ścianach – czyli momentach, w których nie piszę.

 

Nie mogę powiedzieć, że pisanie mnie określa. Że bez pisania to trup w grób. Wzięłam się za nie późno. Dokonałam większości istotnych życiowych decyzji – z kim, jak, gdzie żyć wcześniej. Myśl o pisaniu tliła się w nieświadomych rewirach. Intuicja co raz wyławiała ją na powierzchnię, ale nim ta zdołała zaczerpnąć powietrza, węzeł rozsądku splecionego z lękiem dławił ją, i tak spoczywała w sferze możności, co bytem stać się nie mogła. Zawsze było coś ważniejszego. Ludzie, praca, obowiązki, odrobina przyjemności. Ot, życie.

Moje człowieczeństwo nie zależy od pisania – powtarzam sobie – jego wartość nie leży w dziennych limitach wyklepanych liter, stron czy godzin, podczas których wydumana opowieść wylała się z głowy na biały ekran. Umiem sobie odmówić pisania, odłożyć je na później, kiedyś, jakby było czymś z zewnątrz, luksusem, na który nie mogę sobie pozwolić. Jeszcze nie teraz. Przecież potrafię zrezygnować ze zbytku. Kiedyś przyjdzie czas.

Dla jasności: pokusa to nie grzech. Rozpoznanie to rozumność. Odpuszczanie na starcie to nie odwaga. Odpowiedzialność za to, co ma się w sobie jest podstawową, nawet przed tym, co się ma w relacji do innych ludzi. Nie zrzucę winy, jak to jest na modne, na patriarchat, opresyjną kulturę i papieża.  To moje zadanie poznać siebie. Nie dać się wyprowadzić w pole wiatrakowi myśli i fali cudzych, zdrętwiałych przekonań:

A może lepiej nie pisz, bo co to warte?

Po co świtu jeszcze jeden pisarz?

Tylko czekać, ktoś zmiele moje słowa, zagryzie i wypluje wyrok: zdrewniałe ręce, czysty tombak!

 

Umysł to system, w którym nic nie ginie. Sprawy spychane do podświadomości, nieprzepracowane, wybiją w studzience ściekowej w całkiem innym miejscu i najmniej odpowiednim czasie. Żadne plumbo nie wystarczy, by przetkać kanały. Antoine de Saint Exupery pisał w Małym księciu o systematycznym, starannym czyszczeniu wygasłych wulkanów i wyrywaniu baobabów. Można to interpretować różnie, wszak był katolikiem i najprościej mówił do nas o łasce, grzechu i osobistej, świadomej odpowiedzialności za nie. Ale kto dziś to tak czyta?

Punkt

Nic nie znika w umyśle, co najwyżej karleje, gigancieje, przepoczwarza się. Trzeba bezkompromisowo dotrzeć do punktu  t e g o    c h c ę, nieważne, co myślą i mówią inni. Powracająca myśl coś komunikuje. Ale to nie koniec. Z tego punktu trzeba iść do kolejnego i kolejnych. Uczyć się warsztatu – czy chodzi o rzemiosło fryzjerskie, szewskie, muzyczne, czy pisarskie. I tu zabawa się zaczyna. Od punktu do punktu. Dla jednego, wróćmy do pisania, to będzie kurs za kursem, dla kogoś innego – tekst za tekstem, książka za książką. Od punktu do punktu i … przygotuj się na ścianę. Czy tą ścianą będzie formułowanie spójnej myśli, poprawianie jakości pisania, rozwinięcie szczupłej formy w rozległą, zawoalowana czy otwarta krytyka, kontakt dwustronny z redaktorem czy jednostronny wydawcami, którzy milczą – ściana stoi tam, gdzie ma stać. Czeka na ciebie. Przeraża cię z odległości, a co dopiero, gdy do niej podejdziesz – zimna i głucha. Głupia ściana! Zaszedłbyś tak daleko, gdyby jej nie było!

Akurat!

Gdyby jej nie było, nie wiedziałbyś, co jest trudne, do nauczenia, poprawienia, powtarzania, aż ci wyjdzie. Nie poznałbyś siebie.

W pisaniu powieści ta ściana pojawiła się nagle. Pierwszy plan pojawił się w głowie jak lawina, szary kamyk uruchomił cały potok skał, które ułożyły się w całkiem zgrabny kopczyk. Hura! W końcu mam materiał na powieść. Arkusze kartonowe zapełniały się motywami, charakterystykami postaci, obrazami scen. Siadałam, spisywałam opisy, dialogi. Za mało, myślałam, za szczupło, brak kleju, brak struktury, brak intrygi, która pociągnie główną bohaterkę, a za nią czytelnika. Same zakamarki. Przerwa.

Betonowa ściana

Największym problemem na tym etapie wydawał mi się głos bohatera. Skupić się na soczewce doświadczeń głównej postaci, budowaniu jej głosu wewnętrznego, który da czytelnikowi przeżycie bliskości i konfrontacji z jego światem wewnętrznym, czy postawić na obiektywizm, szerokość perspektywy i wielość punktów widzenia? Przysięgam pokonałam smoka lęku w tej walce wręcz. Wyłożyłam sobie tę kwestię w praktyce – przepisałam sceny dotąd napisane w jednej narracji na drugą, czytałam je na głos, by usłyszeć, które uzyskują mocniejsze, czystsze brzmienie, jak odnoszą się do całości.

Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, czym jest mówienie prawdy w literaturze. Jak to się ma do pisania fikcji? Dla pisarza non fiction istotne są fakty, alians rozumu z rzeczywistością, bohater, który stanął w butach przeznaczenia i przeszedł swoją drogę. Ludzie to lubią, lubią bohaterów z krwi i kości, o których można przeczytać na kartach historii, dzięki którym świat choć na chwilę przyspieszył, zamarł, zwolnił bieg. Większość z nas to lewopółkulowcy, operujemy na faktach logicznym myśleniem. Osadza nas ono i daje poczucie rzeczywistości, zaspakaja potrzebę wiedzy, prawdy, sprawiedliwości, świadomości istnienia za i dobra.

Pisarza fikcji interesuje świat możności, tego, co się bytem nie stało, a mogło – historia, która niekoniecznie się wydarzyła, a mogła się stać. Opowieść o czymś za pomocą czego innego. Istota leży w magnetycznym przyciąganiu pierwiastków, konstruowaniu świata, którego nie ma, tak, jakby był, tak, jakby powstał z naszego:  c h c ę,  s t a ń   s i ę! Kluczowe znaczenie mają tu pisarski kąt widzenia i głos. I tu jest miejsce na prawdę. Bo o ile historia nie musi powstać na faktach autentycznych, świat może być najbardzej zmyślony zza Wielkiej Mgławicy w Orionie, coś w tym świecie musi być o człowieku, dla człowieka. Musi odpowiadać na jakąś ludzką potrzebę, mowić o ludzkich przypadłościach. Domaga się tego nasz ludzki mózg. W tym sensie snucie historii jest aktem jak najbardziej ludzkim, uzasadnionym. Tylko jak opowiadać prawdziwe historie za pomocą kłamstwa? Cóż, odróżniać jedno od drugiego to dobry początek. A dalej? Obiecać sobie, że się nie będzie kłamać. A potem? Potem, jak doświadczysz, jakie to trudne nie kłamać, zacząć mówić prawdę. Tę cząstkę prawdy, na której odkrycie się poświęciło czas. I ta cząstka jest prawdą w takim sensie, że ty siebie i tę odkrytą prawdę ludziom przynosisz. Nie oszukuj się, nie popadaj w pychę – to nie jest cała prawda. To prawda widziana twoimi oczami. Przy odrobinie szczęścia zbliży się ona do soczewki rzeczywistości jednych czytelników, a innym – i to jest cud – otworzy oczy. Tylko, na Boga, miej odwagę ją wypowiedzieć!

Ściana z ciała

W międzyczasie, który nie istnieje, pisałam coś innego i wydałam tomik wierszy Wiatr z Północy. Życie wzięło mnie porządnie w obroty i kazało nie odpuszczać żadnego aspektów rzeczywistości. Pracę zawodową trzeba na emigracji zbudować od zera. Przerwa.

Napisane strony dawały o sobie znać. Raz po raz wpadał nowy wątek i o dziwo spajał się z linią bohaterki, antagonisty, postaci pobocznych. Pogłębiał je, kleił, wywracał fabułę do góry nogami, albo przejmował ją w czasowe władanie. Wszędzie widziałam braki warsztatowe. Wróciłam do nauki pisania. Na własną rękę szukałam wiedzy o strukturze i narzędzi jak zbudować tę właściwą dla mojej historii. Sytuacja to paradoksalna, jak z prawdą w fikcji, że w fabułę całkowicie wydumanej, z prawej kreatywnej półkuli oprzeć trzeba na logicznym budulcu struktury. I nawet ci pisarze, którzy nie planują, myślą, tną, przestawiają, sklejają. Nawet ci, którzy nie tworzą wielopoziomowych planów, intuicyjnie uderzają w klawisze aktów, części, scen i sequeli, punktów zwrotnych i bez powrotu.

Fabuła gęstniała, stała się niemal dotykalna, jakby słowa były bytami, a nie abstraktami umysłu. Wtedy…

 

Ściana jak plazma

strach przejść przez tę kwarkowo-gluonową maź. Może  n i c   z e   m n i e  nie zostanie? Zdałam sobie sprawę, że opowieść obrosła skorupą, pierwotny pomysł zatarł się, a bohaterka, która powołała ją jest mniej żywa niż królowa trefl (najmniej interesująca z królowych w talii kart). Rozkładanie na czynniki pierwsze czego chce bohater doprowadziło mnie do pytania czy mnie się chce. Czy naprawdę chcę napisać tę powieść, czy tylko coś gryzmolę w głowie. Zaprowadziło mnie do postawienia sobie celów, obalenia mitu motywacji i powrotu do konsekwencji, dyscypliny, z którą się nie negocjuje.

 

Piszę w głowie non stop. Od zawsze. Fizycznie piszę, kiedy mam czas. Okresy niepisania, zdrewniałe ręce, to przerwy w procesie, a nie stracone okazje do zapełniania autorskiej półki. Mam przede wszystkim wymóg, by opowiedzieć możliwie pełną historię, głosem, nad którym panuję, który nie przeleciał przeze mnie przypadkiem. Biorę odpowiedzialność za słowa napisane. Mam świadomość niedopowiedzeń i wykreśleń. Może dlatego pisanie powieści zajmuje mi tyle czasu. Może dlatego tyle ścian, z każdą pokusa do zawrócenia z drogi i/lub wezwanie do przekroczenia kolejnego limitu.

 

Jedno jest pewne. Pisanie tnie jest już tylko pasją, radością tworzenia, poszukiwaniem wyrazu, pomysłem na siebie w świecie, sposobem motywowania się do działania. Pisanie to intelektualny akt umysłu i realny ciała. Akt harówki i odwagi. Akt który ma wymiar i znaczenie. Powołuje coś z możności do istnienia.

 

Pozdrawiam Cię, Czytelniku.

Mam nadzieję, że znalazłeś w tym felietonie coś dla siebie.

4 Odpowiedzi
  • Il costruttore
    28 października, 2024

    Akt tworzenia…zawsze wymaga jakiegoś człowieczego ‘tak’, żeby przemienić energię osoby w coś, co może się stać. Wybierając obszar w którym akt się staje, tę materię której powie się ‘tak’, dokonuje się wyboru. Jak w kwiaciarni, gdzie wybór kwiatu jest jednocześnie odmową wobec wszystkich pozostałych…

    • Olga Bartnik
      1 listopada, 2024

      Ale piękna metafora. Tak pięknie tłumaczy, dlaczego trudno podejmować decyzje. “Tak” wobec jednej opcji jest jednoczesnym “nie” wobec każdej innej. Zbliżanie się do prawdy pociąga ryzyko i wyzwala. Dziękuję i posyłam ciepłe pozdrowienia z fiordu 😉 Olga

  • Anna Stranc.
    5 listopada, 2024

    Czytając to, czuję się jak uczeń w szkolnej ławce, gdy nauczyciel nagle go zauważył, wskazał palcem i poprosił o odpowiedź na trudne pytanie. Nie pytaj, czemu się tak czuję, bo nie wiem. Może ilość słów ładnie ułożonych tak na mnie działa. Myślę sobie, że dasz radę, że znajdziesz czas na pisanie, pokonasz ściany, dotrzesz tam, gdzie trzeba. Z taką ilością słów i precyzyjnym planem dziwne by było, jakbyś nie dotarła

    • Olga Bartnik
      12 listopada, 2024

      Hej, Anno, dziękuję za komentarz. Ciekawe odczucie, choć pewnie dziwne zarazem. Nie lubiłam, gdy nauczyciel się na mnie gapił czy wywoływał do odpowiedzi. Szczególnie, że znałam tylko swoje własne. Ten i każdy mój tekst jest o tym, jak rozumiem i doświadczam pisania. Pozdrawiam ciepło, choć na dworze zimna plucha. Olga

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.