Prosta dziewczyna | Miniatura

Była prostą dziewczyną. Prostą jak kuchenny stół, na którym rano rozkłada się miski z owsianką, głębokie talerze na zupę w porze obiadu i płaskie z kanapkami na kolację. Na którym czeka kubek kawy i dzbanuszek z mlekiem. Na jej plecach toczy się życie codzienne. Stół z prostymi ciosanymi nogami.

Siadałem przy nim wiele raz w ciągu dnia. Opierałem łokcie, czoło, nadgarstki bez zdziwienia, oburzenia czy oceny, że to może niekulturalnie tak się podpierać, albo objuczać ją ciężarem swojego ciała. 

Zwieszałem się nad nią. Charczałem. Pokrywałem jej pochylone na płask plecy niczym obrus pokrywa prosty stół, szczelnie, albo wywracałem ją blatem w dół, w górę chwiejące się nogi. Wbijałem łokcie po bokach ciała blatu, stopami zapierałem się o podłogę i pochylałem się niżej i niżej. Dyszałem. Napierałem, aż opadłem z sił. Lubiła ciężar mojego ciała. Nigdy się nie skarżyła, że jestem za ciężki, że ją przygniatam, że za jakie grzechy. Nawet gdy zdarzyło mi się na niej zasnąć, albo walnąć w nią pięścią. Mój zwyczajny, wytrzymały stół. Moja prosta dziewczyna. Zwykle się nad tym nie zastanawiałem, ale  jak o tym pomyślę, napawało mnie dumą, że jedno istnienie uzasadniało drugie. Ona nie istniała beze mnie, a ja bez niej.

Latami gardziłem obcymi dziewczynami i stolikami: sklejkowymi, filigranowymi, mozaikowymi, polerowanymi na wysoki połysk, takimi z hartowanego szkła, obciągniętymi skórą zwierząt, albo ażurowymi, które wymuskał kowalski młot z artystycznym zacięciem.

Nie, to nie były m o j e dziewczyny, ani nie moje stoliki. Nie przy nich mi zasiadać.

Lubowałem się w jej zwalistej sylwetce, wrośniętej w jedno miejsce, wokół której mogłem się kręcić, rozpierać, rozprawiać. Drewno, z którego był zrobiony mój stół, moja dziewczyna, to była sękata nadmorska jodła. Znałem jej każdy skręcony, zadarty sęk. Każdą wytrawioną solą szczelinkę. Mogłem czytać w tych znamionach jak w gazecie. Jej życie dzieliło się na  – przede mną i ze mną. Zanim mnie poznała, stała samotnie na skraju lasu, z widokiem na wydmy i morze. Gięła się pod siłą wiatru. Za jej plecami las starych świerków, sosen i buków szemrał i kładł się cieniem na podściółce z mchów, paproci przecinanej grzybniami podgrzybków, kozaków i tam, gdzie zawiało piaskiem – prośnianek.

Nie pamiętała, gdy pozbawiono ją życia. 

– Ścięli siekierą czy piłą elektryczną, co za różnica – mawiała.

– Ale przypomnij sobie, to ważne? – zachęcałem ją. 

Przyszedł dzień, w którym mnie nosiło, a ona stała niewzruszona na swoich domowych pozycjach.

– Poruszałabyś się, stoisz jakbyś wrosła w jedno miejsce.

– Ja już chyba nawet kobietą nie jestem, ani drzewem – odpowiedziała po namyśle – Skołkowaciałam. Pożytku żadnego ze mnie nie ma. Hm… może tylko, że czasem się schylisz, pokryjesz. Nie uchylam się, bo wtedy wiem, że jestem po coś.

– Głupoty gadasz… – wymamrotałem, zakręciłem się i odbiłem kolejną flaszkę. Sobota wieczór, w końcu odtajeć człowiek może i napić się tak, że jak w niedzielę na sumie w sieni kościoła stanie, ludzie poznają, że pan. – Coś tak spochmurniała? – zapytałem półgębkiem. Do prawdy mnie nie spieszno, ale siedzi jak chmura, to i mnie dosięgnie gradobicie. 

– Żeby chociaż jakieś mały stół czy stołeczek się znalazł, raźniej by mi było – skrzypnęła.

„A, tu cię skrobie”, pomyślałem i choć czystej sporo jeszcze zostało do dna, powiedziałem:

– Chodź tu, zrobimy sobie mały stoliczek, żebyś i ty coś z życia miała.

Heblowaliśmy do rana, aż na mszę prawie zaspałem. Ochlapałem się wodą, wyciągłem koszulę z bieliźniarki, niedzielne obuwie od biedy wypastowane i wyszedłem z domu. 

W przedsionku wstawiłem się w kąt, gdzie stały stare chorągwie cechowe, otrzeźwiałem na Alleluja, zwiesiłem się, kościelny z ofiarą minął mnie łukiem, drzemałem do Agnus Dei. Padłem na kolana i doczekałem rozesłania przestając z nogi na nogę. Dzieciństwo mnie się przywidziało i ojciec, co ucho jak zegarek nakręcał, gdym zasypiał, albo posikiwał po nogach pod koniec mszy. Miałem i momenty, że tak powiem, mistyczne.

W konfesjonale odpływałem, jakby mi mózg wyłączało. Ksiądz aż musiał wyjść, żeby się przekonać czy tam jestem, czy zabawy sobie jakie urządzam. Raz podczas adoracji w Wielki Tydzień tom tak klęczał, że kolana mi zdrętwiały. Gdy się miałem wymienić z jednym koleżką ministrantem, żem upadł tak, jak klęczałem. Długo zeszło, zanim nogim rozprostował. Nad czołem wisiał mi jakby wielki płat zimnego świńskiego mięsa, którym widział raz zawieszony na haku w dziadkowej spiżarni. Szczęśliwie babki piały na cześć bożą tak, że poza koleżką i siostrą Marianną nikt nic nie widział. Gdy się to powtórzyło, tom wiedział, żem jakiś niewidzialny próg kontemplacji przekroczył, że mnie może Bóg jakoś naznaczył do swojej służby. I przeraziło mnie to tak, żem długo kościół łukiem omijał, a przechodząc obok przybytku, tylkom się znakiem krzyża pieczętował, żeby mnie diabły do cna nie posiadły.

Dziś ze mszy nie zahaczyłem o bar, a protokół do mojej się zawlokłem. Jakżem przestąpił próg domu i zobaczył, co mnie czekało, runąłem jak kłoda.

 ciąg dalszy być może nastąpi

 

Fot. Nathan Wright/ Unsplash

WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Napisz pierwszy komentarz.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.