Sesja w trybie slow – Agnieszka Majewska | Wywiad Głębi

Krótka historia spotkania: mijałyśmy się w necie na różnych grupach i stronach przez kilka tygodni. Spotkałyśmy się pewnego lipcowego dnia w zeszłym roku w pięknym Grodzisku Mazowieckim.

 

Olga Bartnik: Agnieszko, witaj w Głębi 🙂

Połączyła nas relacja czysto biznesowa – ja potrzebowałam kilka zdjęć, Ty fotografujesz. Wszystko mogło mieć wręcz chirurgiczny przebieg – godzinka, dwie i po sprawie. Mogło, a jednak nasze spotkane w realu miało niezwykle ciepłe, kobiece oblicze. Spędziłyśmy pół dnia na rozmowach, spacerze, wspólnym posiłku w przepięknym miejscu, które wybrałaś, a fotografie, cóż, powstały między słowami. Większość z nich nie pozowana, a uchwycona przez Ciebie w taki sposób, że pierwszy raz w życiu byłam zadowolona z fotografii.

Jak to wyglądało z Twojej perspektywy? Jak przygotowujesz się do sesji zdjęciowej?

 

 

Agnieszka Majewska: Często wspominam naszą sesję, dlatego, że była w trybie slow z akcentem położonym właśnie na spotkanie. Chyba z Tobą nie da się spotkać, żeby jakiś aspekt głębi się nie pojawił. Tak właśnie lubię pracować najbardziej – w trybie slow. Żeby tak się stało musi być na taki tryb zgoda i otwartość z obu stron. Staram się to wyczuć czy sprawdzić już podczas rozmowy, którą zawsze przed sesją przeprowadzam. Do tej rozmowy przygotowuję się wysyłając ankietę z pytaniami, które z jednej strony sprawdzają techniczne potrzeby (do czego dokładnie zdjęcia są potrzebne itd.), a z drugiej mają na celu po prostu dowiedzenie się czegoś i o osobie, i o marce (ostatecznie w tzw. markach osobistych to zbieżne rzeczy).

 

Rozmowa to już często ustalenia i pomysły na sesje, ale także opowieści, których słucham, a czasem sama opowiadam. Już przed sesją budujemy więc jakąś relację. Oprócz tego często korzystam z moodboardu do sesji, który zazwyczaj buduje klient/ osoba fotografowana i ten moodboard ma zwizualizować i pomóc określać klimat sesji. Jeśli widzę potrzebę, rysuję sobie coś w rodzaju storyboardu, czyli konkretne ujęcia. W idealnej sytuacji, dodatkowo przeglądam kolorowe magazyny, a także fotograficzne i malarskie albumy, czasem fragmenty filmów i videoklipy. To wszystko w celu inspiracji, ale też dlatego, że takie poszukiwanie wprowadza mnie w historię czy klimat tej osoby i projektu, którym jest sesja. Ostatecznie, spotkanie może być także całkiem organiczne bez większych ustaleń, a jedynie z hasłem przewodnim, które mam z tyłu głowy.

 

Współpracuję z Kamilą Chyłą, która buduje strony internetowe na podstawie tzw.: Kodu marki, którego istotną częścią jest wykorzystanie tzw. archetypów marki, wtedy ten proces wygląda trochę inaczej, czasem jest bardziej rozbudowany.

 

 

OB: Opowiedz, proszę, o sobie Czytelnikom Głębi.

 

AM: Nazywam się Agnieszka Majewska i mam kilka alter ego. Jestem na przykład dilerką kiszonego brokatu, który ma moc wzmacniania zajebistości (wiem, że to nie jest elegancki wyraz, ale najlepiej opisuje to, o co mi chodzi). Pełniejszą brokatową historię opowiadam tym, z którymi się już spotkam – wtedy też odpalam pierwszą działkę. Jak to u porządnych dilerów, ta pierwsza jest gratis, a potem to już wiadomo, gdzie mnie znaleźć. Gdy nie diluję to wiodę, w moim mniemaniu, dość twórcze życie. W tej twórczości czy twórczym życiu miewam też zatory i przystanki. Lęki i strachy nie są mi obce. Pesymizm i zamartwianie się na zapas zdarzają się, ale kiedyś zdiagnozowano u mnie antenkę wojownika, zatem ostatecznie staram się nie poddawać i szukać nowych dróg. Lubię tworzyć szerokopojęte magiczne chwile oraz pisać. Potrafię w dość krótkim czasie wygenerować sporo energii, z której czerpią też inni. Kocham i leżeć w hamaku, mieć wszystko w nosie, zbierać chwasty w celu ich spożycia, jak i łazić po knajpkach, kawiarenkach i sklepikach w miejskim otoczeniu. Dodam, że jestem także babą z siatami – w takim anturażu można mnie zastać dość często.

 

 

OB: Cudnie, pamiętam Ciebie obładowaną akcesoriami na naszą sesję. Jak to się stało, że zajęłaś się fotografią?

 

AM: Na początku było rysowanie, już w podstawówce, jednak z natury niecierpliwa, gdy chwyciłam aparat po raz pierwszy w sposób świadomy i trafiłam do ciemni, okazało się, że mogę stworzyć obrazy w dużo krótszym czasie. Ołówek zamieniłam więc na Zenitha i tak poszło. Robiłam zdjęcia, bo lubiłam to robić. Fotografowanie, takie tylko dla siebie, ma dla mnie silną funkcję terapeutyczną i regenerującą. Ale jest też to komercyjne i ta historia jest równie prosta i niezaskakująca. Jest takie powiedzenie o nisko wiszącym owocu (że należy się go chwycić, a nie wspinać w trudzie po coś dalekiego) – fotografowanie przychodziło mi z lekkością, i łatwością i chyba to było zauważane przez różne osoby, które prosiły o zdjęcia, więc postanowiłam iść tą ścieżką. Okazała się wcale nie taka łatwa. Ścieżkę obrałam dwukrotnie – kiedyś odnalazła mnie fotografia ślubna, a kilka lat temu właśnie ta pod znakiem zdjęć i portretów na potrzeby biznesowe czy marketingowe.

 

 

 

Agnieszka Majewska

Fot. Agnieszka Majewska

 

 

OB: Słowo o kiszonym brokacie – uznałyśmy obie, że dnia naszego spotkania go nie potrzebowałam /śmiech/, ale szczelnie zamknęłam podarowaną przez Ciebie ampułkę z tymże i schowałam w swojej osobistej toaletce, na wszelki w. I oto pewnego dnia znajduję korek toczący się po podłodze, korek od TEJ ampułki i dochodzenie doprowadziło mnie do jednej z córek, która ślicznie się całą dawką obsypała i lśniła na odległość. Lat miała wówczas osiem, zatem raczej starczy jej zajebistości do końca życia.

 

OB: Wracam do fotografii. Czy chętniej fotografujesz ludzi, czy obiekty?

 

AM: To wciąż się zmienia. Obecnie częściej fotografuję ludzi, zatem ta nieożywiona część świata jest moją odskocznią. Lubię, żeby było reportersko, czyli fotografować zaobserwowanych ludzi i obiekty – ludzi w wybranym otoczeniu.

 

 

OB: Co jest, twoim zdaniem, konieczne by zrobić dobre zdjęcie?

 

AM: Czym jest dobre zdjęcie jest pytaniem, które sobie wciąż zadaję. Pierwszą odpowiedzią na to pytanie jest: nie wiem. Drugą: to, co sama uznam za dobre. Trzecią: to, co inni uznają za dobre, a wiadomo, że każdy z nas posługując się zupełnie innymi kategoriami, może bardzo różnie odbierać tę samą fotografię. Myślę, że wiem, co jest potrzebne, aby zrobić prawidłowe, uczciwe zdjęcie i są to zarówno aspekty techniczne, jak i estetyczne, ale do zrobienia dobrego zdjęcia potrzeba jeszcze czegoś więcej. Mówi się o opowieściach w fotografii albo emocjach – dobre zdjęcie to takie, które coś opowiada. Jeśli zdjęcie pobudza naszą wyobraźnię, wzbudza emocje, coś nam robi, jest wtedy dobre. Dobre zdjęcie nie zawsze równa się zdjęciu ładnemu. Na te ładne i fajne natomiast jest chyba największe zapotrzebowanie.

 

Ale gdybym tak na koniec miała podać jakąś bardziej precyzyjną receptę na dobre zdjęcie, to byłaby to umiejętność dobierania środków wyrazu, w tym technicznych (ustawienia aparatu) oraz estetycznych (np.: perspektywa, kolor, kompozycja, rodzaj oświetlenia) do treści, tematu, celu, czyli tego, co nasza fotografia ma pokazać i jakie wrażenie zrobić. Mój dawny nauczyciel fotografii mawiał, że jest ona sztuką wyboru (jako i całe życie). No i miał absolutną rację, bo w tym procesie wciąż coś selekcjonujemy – od tematu, treści zdjęcia przez wycinek rzeczywistości, którą oddajemy za pomocą konkretnego kadru do selekcji już wykonanego materiału, a nawet kolejności pokazywanych ujęć. Im to wszystko robimy bardziej świadomie, tym lepiej dla efektu końcowego, czyli wizualnego przekazu. Staram się wciąż ćwiczyć w tym języku fotografii.

 

 

OB: O, to tak jak w pisaniu! Nie da się w jednym tekście zawrzeć wszystkiego w danym temacie.  Tej selekcji i doboru środków wyrazu też się uczę.

Twoja lista pasji biegnie przez fotografię, podróże, literaturę, pisanie… aż do gotowania. Jesteś twórczynią strony Agnieszka Majewska gotuje nie truje  – co to za miejsce i do czego zapraszasz ludzi?

 

AM: To mój projekt edukacyjno-kulinarny, który rozpoczęłam prawie 6 lat temu. Osią projektu były i są warsztaty ultraprostej kuchni naturalnej. Najchętniej chyba prowadzę warsztaty kiszonkowe – uważam, że kiszonki wśród jadła są najbardziej wartościowym, uniwersalnym pokarmem, który może poprawiać nasz stan zdrowia. Moje gotuje, nie truje jest okraszone dozą humoru i z rozrywką w tle. Obecnie mniej, ale był czas, że mocno się wygłupiałam, rapowałam i śpiewałam o warzywach. Ale ponieważ we wszystkim, co robię, jestem pedagogiem, misja oświatowa jak najbardziej na samym wierzchu.

 

OB: Co Cię inspiruje do działania?

 

AM: Ponieważ jestem od pewnego czasu w jakiegoś rodzaju kryzysie twórczym, to bardzo pytanie na czasie. Inspirujące jest dla mnie słuchanie, czytanie o cudzych procesach twórczych, czyli jak ktoś dochodził do konkretnego efektu, jak powstawały dzieła, skąd pomysł, itd. To też zderzenie z kimś, kto wie, potrafi więcej albo też patrzy inaczej. Sztuka, ale nawet nie tylko sam odbiór, a wiedza o niej – w tym obszarze mam dużo do nadrobienia. Do tego wiedza o świecie, którą można czerpać z opowieści innych. Ale do samego działania napędem musi być stan własnego wnętrza, jeśli mogę to tak określić. Jakiś wewnętrzny imperatyw, bo sama inspiracja z zewnątrz chyba nie wystarczy.

 

 

OB: Jak wygląda Twój twórczy zakątek, pytam zwykle o biurko pisarza, skrawek
stołu etc.?

 

AM: Mam biało-czarny kącik, ale nie na wyłącznosć. Białe biurko i białe półki na książki oraz
etcetery. Na biurku czarny duży monitor i czarna klawiatura. Do tego sporo kartek i karteczek, a także artefaktów mojej 9-letniej córki, które obok książek, pisaków i notesów wprowadzają tutaj kolor.

 

 

OB: Gdzie Cię można znaleźć?

AM: W Grodzisku Mazowieckim, ale jeśli chodzi o sieć, nadal przede wszystkim na Fejsbuku

 

 

OB: Agnieszko, ślicznie dziękuję za rozmowę i ubogacenie Głębi Twoja perspektywą.

AM: Dziękuję za zaproszenie.

 

 

 

Wrzesień, 2020

 

 

Fotografie: Agnieszka Majewska

opublikowano za zgodą autorki

 

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

Napisz pierwszy komentarz.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *