O cnocie. Rzecz o Sokratesie | Esej

 

Postawienie człowiekowi pytania o jego duszę jest jak rozsunięcie zasłon w letni dzień. Chwytam mięsiste poły materii oburącz, na wdechu. Jednym szarpnięciem odsłaniam okno, a słońce wdziera się do pokoju, przenika barwy, kształty przedmiotów i ukazuje każdy najdrobniejszy brak harmonii we wnętrzu. Myśli wirują wraz z drobinkami kurzu, które rozświetlone tańczą w powietrzu długo, zanim przykryją sprzęty i wnikną we włókna tkanin. Nagle braknie mi tchu. Otwieram okno, haust rześkiego powietrza wypełnia płuca.

 

Czasem po nocy, podczas której sen mnie omijał, po gęstą kotarę sięgam niespiesznie, by uchylić zaledwie jej rąbek. Pojedynczy promień światła wpadający wówczas przez szczelinę jest jak kłujący ból, który promieniuje w mózgu z siłą wiązki fotonów. Mrużę oczy. Tłumię milimetrowe mroczki, które – przybierając kształty błysków, plamek czy pręcików – mącą obraz przed moimi oczami. Pociągam zasłonę powoli, centymetr za centymetrem, i odsłaniam okno. Wzrok miarowo oswaja się ze światłem.

 

Wypytywanie człowieka o jego duszę może zostać przyjęte jako naiwność intruza, ukłucie uciążliwego gza, który latał wcześniej nad łbami pasących się na pobliskiej łące koni, teraz wyruszył w poszukiwaniu znakomitszego pożywienia. Spoczął na ludzkim karku, wkłuł się bez znieczulenia. Jak zadający pytanie – insekt.

 

Zdarza się, że pytanie trafi na duszę piękną, acz uśpioną w głębokich pokładach nieświadomości jak na poduszkach wypchanych gęsim pierzem. Wówczas tym większej uwagi trzeba, by ją obudzić, nie wystraszywszy gromkim nawoływaniem.

 

Mistrzem rozpoznania, jaka dusza przed nim stoi, był Sokrates – filozof ateński, urodzony ok. 470 r. przed Chrystusem, a zmarły w 399 r. przed Chrystusem. Pierwszym o nim wspomnieniem, jakie mi towarzyszy, jest dyskusja w liceum, podczas której klasa – z nazwy humanistyczna – osądziła go jako mędrca bez płaszcza, męża bez domu i ojca bez serca. Surowe te noty były zapewne wynikiem błędu ahistoryczności popełnionego przez młode, zapalczywe umysły rodem z drugiej połowy XX wieku. Jednak również współcześni filozofowi, by wspomnieć choćby Arystofanesa (Chmury) i trzech oskarżycieli Sokratesa z procesu sądowego – poetę Meletosa, politykiera Anytosa i retora Lykona – jego tryb życia uważali za oderwany od rzeczywistości, wiarę za wątpliwą, a nauki za groźne.

 

Jednak jest faktem, iż większość wychowanków cywilizacji zachodniej, która swe korzenie zapuściła w filozofii greckiej, prawie rzymskim i chrześcijaństwie, zna imię Sokratesa. Wie o nim przynajmniej to, iż stawiał ludziom pytania i został skazany na śmierć.

 

Sokrates sam nie zawierzał swego losu ni Wyroczni delfickiej, ni Temidzie, która – o ironio! – pozbawiła go życia. Cykutę wypił w więzieniu, w otoczeniu swoich przyjaciół. Ksenofont pisał, iż żaden jeszcze człowiek (…) nie zajrzał w oczy śmierci z większą godnością.

 

Dorobkiem jego myśli i działalności jest nie tylko wiekopomna sentencja Wiem, że nic nie wiem, lecz także metoda poznawcza zwana sokratyczną.* Jednych Sokrates zbijał z tropu, innym, jak cierpliwa położna, pomagał rodzić ich stanowisko w bólach podobnych do tych, w których matka rodzi dziecko.

Gdy Sokrates rozmawiał z możnym, wysoko postawionym Ateńczykiem, wcielał się w postać łaknącego prawdziwej wiedzy prostaczka, który stosując pozę udawanej niewiedzy podszytej ironią, pozornie oczekiwał od swojego chełpliwego rozmówcy  pouczenia i pomocy w poszukiwaniu prawdy. Rzekomo niewinne pytania sprawiały, że adwersarz zaczynał błądzić, przeczyć samemu sobie, popadał w absurd i aporię. Wreszcie odrzucał swoje pierwotne poglądy, uświadamiając sobie, że to, co brał za prawdziwą wiedzę, było jedynie nieugruntowanym mniemaniem. I najczęściej czmychał sprzed sokratejskich oczu i przed gromkim śmiechem tłumu wypełniającego ateńskie forum – tak jak Eutyfron.

 

Podczas rozmowy z uczniami i tymi, w których duszy widział światło prawdy, stosował Sokrates metodę zwaną „położniczą”. Dyskutując, starał się pomóc przyjść wiedzy na świat. Nie wchodził w rolę nauczyciela, srogo spoglądającego z katedry, ale towarzysza w procesie wydobywania prawdy ukrytej niczym perła. Doświadczyli tego jego najbliżsi uczniowie, których znamy z imienia: Platon, Pyrron, Ksenofont, Kriton i zapewne wielu, których imiona zniknęły przyprószone ziarenkami w klepsydrze czasu.

 

Poznanie poprowadziło Sokratesa do przekonania, że to dusza jest właściwym człowiekiem, jego rzeczywistym ja. Mądrości szukał w poznaniu siebie, duszy, która była według niego domem cnót, a nie świata przyrody jak filozofowie jońscy. Dokonał intelektualnego przewrotu od natury (physis) do duszy (psyche). Cnotę (areté) rozumiał filozof jako dobro bezwzględne, najwyższe, w odróżnieniu od relatywizmu sofistów. Drogą do cnotliwego życia było poznanie tego, co jest dobre, poprzez wiedzę (intelektualizm etyczny). Antropomorfizmów popularnych nie wyznawał, choć był człowiekiem głęboko religijnym z natury. Słyszał w sobie głos ducha bożego (daimonion), za nim szedł.

 

Podjąwszy osobistą refleksję nad tym, co sprawia, że ludzkość pamięta o Sokratesie po upływie dwóch i pół tysiąca lat, dochodzę do wniosku, iż to właśnie, co doprowadziło go do pohańbienia w oczach jemu współczesnych i do śmierci, uczyniło go nieśmiertelnym. Nie mogło być inaczej. Był synem swojego rodu – plemienia bohaterów mitów i historii zapisanej krwią walecznych na skałach Hellady. Był hoplitą, któremu nie obce były pole bitwy, tarcza, włócznia czy miecz w dłoni. Z czasem miejsce walki wręcz zajęła szermierka słowem.

 

Z niego bije światło. Jest wcieleniem mędrca i bohatera w jednym, żywym naczyniem boskości, nieskończoności obecnej w człowieku. Jak starotestamentalni prorocy, święci i męczennicy chrześcijańscy – samoofiarował się temu, w co wierzył. W jego przypadku była to mądrość.

 

Ci, którzy go oskarżyli, skazali, stracili – myśleli, że zamilknie na wieki. Historia uczy nas jednak, iż sprawiedliwi, którym głupcy zamykają usta, odradzają się jako męczennicy, święci, prorocy. I filozofowie. Jako ci, których dusze gwiezdne i rozrzutne gromadzą cnoty bardziej drogocenne niż naszyjnik pereł. 

 

W duszę zaś, jak mówił – właściwym sobie logicznym językiem – Sokrates do Glaukona, brata Platona: trzeba patrzeć tak, by dojrzeć jej umiłowanie mądrości i zważyć, czego ona dotyka i do jakiego garnie się towarzystwa, ponieważ spokrewniona jest z tym, co boskie i nieśmiertelne, co istnieje wiecznie, i jaka by ona była, gdyby ją cały ten prąd porwał i wyniósł z morza, w którym dziś przebywa (…). Dopiero wtedy można by zobaczyć jej naturę prawdziwą i dojrzeć, czy ona jest wielopostaciowa czy prosta, czy jaka tam i jak się przedstawia.**

 

Chcę wierzyć, że Sokrates z uśmiechem wypił cykutę (Ch. Bukowski). Że jego myśli rozsypały się jak żywe perły, potoczyły gdzie bądź, dotarły do umysłów otwartych na oścież jak okno, któremu chwilę wcześniej rozwarto grube zasłony. Chcę ufać, że tam, w bólach rodzą się byty, obrastają kolejnymi warstwami człowieczej duszy.

 

Olga Bartnik

lipiec 2020

 

 

* Utrwalona we wczesnych dialogach Platona (tzw. dialogi sokratyczne), między innymi Lachesie, Charmidesie czy Gorgiaszu, była sposobem prowadzenia rozmowy i docierania do prawdy. Także: Platon, Eutyfron. Obrona Sokratesa. Kriton, Wydawnictwo Vis-a-vis Etiuda, Kraków 2020.

** Platon, Państwo, Wydawnictwo Antyk, Kęty 1997.

 

 

 

Wszystkie  prawa  zastrzeżone

  • Monika
    Grudzień 11, 2020

    Nie lubię pytań o duszę. Wolę odkrywać ją sama. Wtedy, kiedy chcę… I wciąż niewiele wiem. Ta świadomość pomaga, gdy niewiedza przybiera postać życiowej klęski.

    • Olga Bartnik
      Grudzień 11, 2020

      Moniko, dziękuję Ci pięknie za ten komentarz. Może właśnie odkryłam, że tylko ja lubię te pytania? 🙂 I bardzo cenię Sokratesa za jego nieśmiertelne przewodnictwo, choć wiem i rozumiem, że to trudny proces i tak czy siak, każdy musi przejść go sam 🙂 Pozdrawiam serdecznie, Olga

  • Anna Stranc
    Grudzień 11, 2020

    Lubię pytania o duszę. Sprawiają, że więcej myślisz, a wśród myśli mogą się pojawić literackie inspiracje.
    Duszy nikt nie określił dokładnie. Jest tworem tajemniczym i przez to pytania o nią są ciekawe.
    Do czego też dąży pytający, myślisz i zastanawiasz się co ty byś powiedział. Na pewno za Sokratesem wiem, że nic nie wiem.
    I o duszy i o świecie jako takim. Nie wiem i jak okno się otwieram na wiedzę, która do mnie popłynie, bo jak już wiem,
    drzwi zamykam i nic nowego przyjść nie może, bo przecież wiem.
    Rozumiem, że ludzie mogli się na Sokratesa wściekać, gdy tak ich pytał, a potem udowodniał, że im się tylko wydaje, że wiedzą.
    Dziś pewnie na facebooku by sobie pisał, a inni blokowali by go lub ignorowali, ewentualnie starali się pouczyć, co według nich
    jest mądre i słuszne.
    Świetny esej 🙂

    • Olga Bartnik
      Grudzień 12, 2020

      Aniu, dziękuję Ci z serca za przeczytanie i Twoje refleksje. Dla mnie od kiedy pierwszy raz o nim usłyszałam, jest nieustannie światłem jasnym i unikalnym. Myślę sobie, że warto było dla nas dwóch ten tekst napisać.
      Pozdrawiam ciepło, Olga

  • Il Costruttore
    Grudzień 12, 2020

    Jeśli mogę zacząć żartem, to cytując dialog z klasyki polskiego kina- “…zdrowy organizm nie zastanawia się nad sobą, dopiero chory zaczyna…”.
    A mniej żartem to pytanie-‘klawisz’ wywołujący refleklsje nad tym co czyni człowieka ludzkim. Jeśli rodzi zaklopotanie to raczej dowód tylko że było celne i dotknęło czegoś co zapytany chciał ukryć, przed tym umknąć lub jakoś schować…W skrócie pytanie o istotę. A o istocie można opowiadać-przede wszystkim wtedy-kiedy jest. Ten problem zdaje się tak stary jak cywilizacja. Wspanialy tekst, tak lekko o kimś kto najpoważniejsze tematy podejmował, tak ważne że współczesni mu wielcy gotowi byli zabić…

    • Olga Bartnik
      Grudzień 12, 2020

      Il Costruttore, pięknie dziękuję. Jaki dobry balans można złapać, po (po)ważnym temacie, gdy czyta się Twoje komentarze. 🙂 Jest nas troje zainteresowanych tematem. Może nawet go pociągnę w kolejnym eseju. Serdecznie 🙂 Olga

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *