Boczna uliczka | Wiersz

Boczna uliczka

 

To nie wymagało wielkiej odwagi:

spakować przedmioty.

Zatrzasnąć drzwi bagażówki.

Zjeść ostatnią kolację ze znajomymi,

którzy niebawem zapomną moje imię.

Nakręcić zegar na piątą,

ostatni raz patrzeć na świt nad Odrą.

Zebrać uśpione ciała dzieci,

na główkach krzyże palcem skreślić,

zapiąć pasy bezpieczeństwa.

Wsiąść w samolot,

wylądować na biegunie świata,

gdzie ludzie mówią na wdechu.

Upoić się zapachem twojej skóry.

Nie odróżniać białej nocy od szarości dnia.

Żyć marzeniem kraju na skraju serca.

Patrzeć, jak dzieci rosną na ludzi –

protoplastów nowych rodów.

Zapodziać gdzieś miarę samotności –

kwitnąć pod twoim spojrzeniem.

Rozmawiać ze swoim Bogiem nieswoimi słowami

i czekać, aż wysłucha.

Budować swoje miejsce na ziemi.

Wypatrywać starych ludzi i cmentarzy –

oswajać myśl, że żyją tam dokąd idziesz.

Nadać imiona odcieniom tęsknoty

jak kamieniom, którymi wypełnia się kieszenie.

Zapomnieć kim się miało być

i stać się kimś innym.

Każdego dnia mieszkać

na bocznej uliczce wolności,

gdzie ludzie nie zaglądają sobie w okna.

 

Rubbestadneset, 6. grudnia 2020

 

 

Inne wiersze wybrane:

 

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

2 Odpowiedzi
  • Il costruttore
    7 grudnia, 2020

    Piękny, wzruszający i prawdziwy ❤

    • Olga Bartnik
      8 grudnia, 2020

      Dziękuję, mój wierny Czytelniku 🙂 kłaniam się. Olga

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.