Śpiew drozda | Opowiadanie – cz. 1

Obudził go w śpiew drozda. Przypomniał o marzeniu, które chował głęboko w sercu. Nikomu o nim nie opowiadał. Z nikim się nim nie podzielił. Nikogo nie obchodziło. Od dawna przestało zajmować nawet jego myśli. 

Wstał, potruchtał do łazienki, a potem do kuchni nastawić wodę na herbatę. Za oknem mgła unosiła się metr nad ogródkami działkowymi, zupełnie tak, jakby ktoś rozścielił puszystą watę zaczynając od góry i przybrakło mu na dole. Trawy, wybujałe i nieokryte, drżały z chłodu. Rudy kot, mieszkaniec okolicznych domków, podniósłszy ogon jak antenę, przemierzał swoją codzienną ścieżkę z łowów na legowisko. 

Czajnik zadygotał w kłębach pary i wyłączył się. Dan znalazł ulubiony kubek z napisem Whatever i zdjęciem roześmianej dziewczyny z cienką kitką, włożył do niego torebkę bezwonnej czarnej herbaty i zalał wrzątkiem. Nie jadał śniadań. Siadł na taborecie przy oknie. Popijał herbatę i obserwował jak mleczny puch rozrzedza swoją konsystencję, podnosi się i rozpływa w szarym błękicie nieba.

Ciekawe czy usłyszy go dziś jeszcze? Ptak śpiewał zwykle o szóstej czterdzieści, tak, jakby zapisana w nim melodia uwalniała się automatycznie za sprawą tajemniczego mechanizmu. Siadał na gałęzi rozłożystej czereśni opodal kuchennego okna, stroszył  brązowo-pstrokate piórka, przeczesywał je zaostrzonym dzióbkiem, układał w misterny wzór. A gdy już dokończył toalety o świcie, podrygiwał kilkakrotnie, wygodniej sadowiąc się na szczycie gibkiej gałęzi. Patyczkowate nóżki dźwigały wyprężone ciało Turdusa philomelosa dostojnie i z taką godnością, że nie dziw, iż angielscy lordowie ukochali fraki skrojone na wzór ubrania ptasiego rodu. 

Gdy drozd ustroił się, zaczynał śpiewać swoją pieśń, w której muzyczne frazy powtarzały się jak refren i zapadały w serce słuchającego. Philomelosa nosi w sobie ślad Filomeli, postaci której greccy bogowie pomogli uniknąć gniewu Tezeusa, zamieniając ją w ptaka.  Philo, które oznacza „kochać” łączy się z melos –„śpiew” i wnika w zdrewniałą przestrzeń ludzkiego życia przez uchylone okno.

Jego drozd kończył koncert ostrym mrugnięciem czarnych oczu i ginął w piłkowanych liściach czereśni. Dan z trudem wypatrzył kiedyś jego gniazdo w kształcie filiżanki, podklejone błotem do jednej z wyższych gałęzi. Uśmiechnął się na myśl o wysublimowanym guście ptaka, który nie zaśnie pod byle liściem. 

Sięgnął do kubka i dopił resztkę herbaty. Podczas gdy wypatrywał lotnego przyjaciela, musiał bezwiednie bawić się sznurkiem, którego włókna szczelnie oplatające ucho kubka, rozmokły i rozmiękczyły niewielki bladożółty kartonik. Pozbył się sznurka, opłukał kubek i odstawił na drucianą suszarkę do naczyń.

Świat zewnętrzny obudził się do życia. Zarejestrował dźwięk trzeszczącego roweru, uginającego się pod potężną posturą pana Mieczysława, sąsiada z naprzeciwka, zanim ten wyłonił się zza zakrętu. Jechał na działkę podlać warzywa, rozsiąść się w starym fotelu i zaczepić kogoś, kto zechce słuchać jego opowieści. W kamienicy, zasiedlanej przez coraz to młodszych, nieobecnych całymi dniami sąsiadów, nie było prawie nikogo, kto by go wysłuchał. Dan odruchowo podniósł brodę w pozdrowieniu. Tego Mieczysław nie mógł widzieć, ale dla Dana miało znaczenie symboliczne. Ze wszystkich mieszkańców osiedla z ich pokolenia, ostali się tylko oni dwaj. Jak Don Kichot i Sancho Pansa Cervantesa – pomyślał. Tylko który z nich był błędnym rycerzem, a który jego wiernym giermkiem? Nie był pewien. Każdy z nich walczył ze swoimi wiatrakami. 

Sąsiadka z pierwszego piętra włączyła stary kawałek nic nie znaczącego tekstu o białym żołnierzu, który solistka wykrzykiwała wśród oklasków publiczności. Prawdopodobnie kobieta musiała się ocucić z oparów rauszu, na którym wróciła do domu w środku nocy albo próbowała gęstym hałasem rozproszyć rzednącą za oknem mgłę. Ludzie lubią budzić się w słoneczne poranki. Jakby miały one realne znaczenie dla jakości ich egzystencji. Jakby pochmurne początki dnia pozbawiały życie jego pełnego smaku, pozostawiały ich na resztę doby z jakimś nieuchwytnym, kłującym brakiem. Tak, jak gdyby słońce nie wstało, podczas gdy ono – nawet ukryte za chmurami – niezmienne stawia się na swojej warcie. Zupełnie jak drozd ze swym porannym koncertem. 

 

***

 

c.d.n.

Drozd śpiewak jest cudem natury. Wie to ten, kto usłyszał jego śpiew. Opowiadanie się rodzi we mnie i będzie udostępniane fragment za fragmentem, po napisaniu. Być może wejdzie do przyszłego zbioru opowiadań, być może nie.

 

***

 

Inspiracją do jego powstania są słowa ze znakomitej powieści Lee Harper Zabić drozda /tytuł oryginału: To Kill a Mockingbird/ z 1960 r., które słyszy Skaut:

„Wolałbym, żebyś strzelał do puszek od konserw w ogrodzie, ale wiem, że ty pójdziesz polować na ptaki. Strzelaj więc sobie, ile chcesz, do sójek, jeżeli ci nie jest za trudno je trafić, tylko pamiętaj, że grzechem jest zabić drozda.(…) Drozdy nic nam nie czynią poza tym, że radują nas swoim śpiewem”.

 

 

Rubbestadneset, 12. sierpnia.2020

 

Moje wybrane opowiadania i miniatury: Toast, Marzenie o zapachu arbuza, Haust ciszy, Spotkanie w parku, PustkaSzum chabrów, Królowa życia, Zimowa opowieść 2019, Schody, Róże na okno, Skala szarości, Rytuał przyjaźni, SzeptyMury i mosty, Misiak, Dzień ostatni?, Anioł w rogu pokoju.

 

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

  • Anna Stranc
    Sierpień 13, 2020

    Pięknie się rodzi. Każdy fragment chętnie przeczytam, choć „Zabić drozda” jakoś nie wywarło na mnie dobrego wrażenia.
    Dlaczego? Nie wiem. Może wrócę do tej książki. Jednak Twoje opowiadanie już się we mnie głęboko odciska. Pisz dalej 🙂

    • Olga Bartnik
      Sierpień 13, 2020

      Dziękuję, Aniu za Twoje słowa. „Zabić drozda” jest niezwykłe, dynamiczne, tętniące życiem z każdej linijki tekstu. A między wersami czai się coś prawdziwego. Jestem w trakcie czytania ciągle. Podzielę się wrażeniami, gdy skończę. Uściski 🙂 Olga

      • Monika Pertek
        Sierpień 13, 2020

        Zapowiada się ciekawa opowieść.
        Właśnie miałam przedwczoraj w ręku „Zabić drozda”, kiedy układałam książki po malowaniu. Zniszczona i stara książka, ale wciąż trzymam, bo mam nadzieję przeczytać…

        • Olga Bartnik
          Sierpień 17, 2020

          Dziękuję, Monika 🙂 Książka fascynująca i na każde czasy. Uściski, Olga

  • irena omegard
    Sierpień 16, 2020

    Fantastyczne. Czekam na ciąg dalszy. Niech sie dzieje.

    • Olga Bartnik
      Sierpień 16, 2020

      Dziękuję, Irenko. Pisze się, pisze… 😉 Pozdrawiam, Olga

  • Katarzyna Katisha Winters
    Sierpień 16, 2020

    Piękny opis drozda, Olgo. Jestem ciekawa dalszego ciągu opowieści. Ściskam!

    • Olga Bartnik
      Sierpień 16, 2020

      Dziękuję ślicznie, Kasiu, aż przeczytam raz jeszcze 🙂 uściski, Olga

  • Justyna Karolak
    Sierpień 17, 2020

    Olgo, bardzo podoba mi się, co tu przeczytałam – dziękuję Ci za to opowiadanie :). Jestem uwiedziona tym klimatem literackim :), a więcej – troszkę bardziej konstruktywnie – napiszę w Niebieskich pingwinach :). Tutaj chcę się ukłonić i podziękować :).

    • Olga Bartnik
      Sierpień 17, 2020

      Justyno, bardzo Ci dziękuję za oba komentarze, tu na blogu i w grupie – merytoryczny, rzucający światło na szczegóły warsztatowe 🙂 Czuję Twoje znakomite wsparcie i skrzydła mi łopoczą:) Pracuję nad dalszą częścią opowiadania. Pozdrawiam serdecznie, Olga

  • Anna Judge
    Sierpień 18, 2020

    KOlejny wspaniały tekst się w Tobie rodzi Olu)))) Czekam z niecierpliwością na ciag dalszy. Pięknie obserwujesz życie- nieżycie dwóch starszych panów, ale też innych mieszkańców kamienicy.
    Uściski!

  • Olga Bartnik
    Sierpień 20, 2020

    Aniu, pięknie dziękuję za przeczytanie i Twoje słowa. Pozdrawiam serdecznie, Ola

  • Janusz N
    Sierpień 22, 2020

    Mój ukochany Turgieniew, na temat którego niedawno napisałem i opublikowałem na swoim profilu FB esej, pamiętam, poświecił aż dwa krótkie opowiadania dedykowane temu niezwykłemu małemu ptaszkowi. W obu jednak maleńki śpiewak był pretekstem do uzewnętrznienia traumatycznych refleksji i wspomnień ciężko chorego pisarza, zmagającego się z traumą nieodwracalnych skutków choroby. To właśnie ten niezłomny mały bohater pomagał mu wspominać jasne dni przemijającego życia.
    Twój drozd, droga Olgo, też przypomina komuś o marzeniach „głęboko schowanych w sercu” i ten ktoś też, jak mój Mistrz, wyczekuje kolejnej porannej serenady malutkiego maestra. Coś chyba jest w tym niezwykłym maleńkim śpiewaku, którego arie nie tylko inspirują, lecz i są nadzieją na świtanie pięknego dnia, albo zwyczajnie – bywają słodyczą w naszym nierzadko gorzkawym życiu.
    Olgo, dziękuję za piękne opowiadanie i z ciekawością będę czekał ciągu dalszego.

    • Olga Bartnik
      Sierpień 23, 2020

      Dziękuję, Januszu, ubogaciłeś mnie tymi wiadomościami o Turgieniewie. Drozd to wspaniały ptak, taki naturalnie piękny i nieuchwytny, bo nieszkolony przez człowieka. Prawdziwy cudak. Poszukam kiedyś również tekstów Twojego mistrza. Pozdrawiam, Olga

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *