Korpowamp | Opowiadanie

Korpowamp

– fragment opowiadania

 

Zawsze chciała być korpowampem. Nie jedną z tych cichych szarych myszek, które przemykają niezauważone przez nikogo po korytarzach. Raczej królową – matką, strażniczką korporacyjnej pasieki, do której lgną trutnie i korporacyjne robotnice. Po co? Po radę, po dojścia, po klucz, który otwiera każde firmowe drzwi, każdą burzę mózgów, każde posiedzenie zarządu. Ich przyszłość.

Podporządkowała całe swoje życie pod osiągnięcie tego celu. Studiowała marketing i psychologię na niemieckiej uczelni. Nauczyła się perfekt niemieckiego, angielskiego i hiszpańskiego. Zaczynała dzień o piątej by utrzymać giętkie ciało w dobrej formie. Jadła często i lekko. W garderobie znajdowała zasobny wachlarz codziennych garniturów, ołówkowych koktajlowych sukienek i oszałamiających, wieczorowych kreacji. Ubranie było dla niej jak wizytówka, która informowała o pozycji i jednocześnie jak zbroja, która chroniła przed niepożądanym towarzystwem. Z mężczyznami najpierw konkurowała i szanowała, by po kilku latach korporacyjnej praktyki klasyfikować ich szybciej niż zdołali wypowiedzieć do końca pierwsze zdanie. 

Wyobrażała sobie, że ma w głowie dużą, żelazną szafę – kartotekę, w której znajdują się szufladki dla każdego typu męskiego. Nie przeszkadzało to jej zaspakajać własnych potrzeb seksualnych ze starannie wyselekcjonowanymi egzemplarzami każdego gatunku. Miała całkiem pokaźną kolekcję, która nigdy jednak nie ujrzała światła dziennego. Uważała samotność osobistą i ascezę w relacjach za  szczytową formę bytu. W interesie mężczyzn, których obdarzała względami albo nie leżało nagłaśnianie intymnej relacji, albo należała ona do rodzaju surrealistycznych, w które nikt nie dałby wiary.

Kobiety miały oddzielną szafę z przegródkami – białą, gładką, lakierowaną. Na jej szczycie królowała zawsze zamknięta, szeroka szuflada z imieniem Ada. Zmarła dawno temu babcia, wychowawczyni, matka i opiekunka w jednym. Najczulsza ze wszystkich stworzeń na ziemi. Pozostałe skrytki szeregowały napotkane typy osobowe w kolejne kategorie, typy i podtypy. Precyzyjnie, z uwagą właściwą badaczowi. Były szuflady, do których uchwytów sięgała by zrealizować kolejne zawodowe projekty. Było wiele takich, które pozostawały jakiś czas otwarte na obustronną komunikację do czasu, gdy zdecydowała o ich zamknięciu. Były takie, które omijała całymi latami, by otworzyć z impetem, a wyszperawszy niezbędne informacje, zamknąć z hukiem.  I było kilka, oznaczonych vipowską złotą lub kryształową rączką i dosłownie trzy zamykane na klucz, do których dostępu strzegła jak mityczny Argus.

***

Siedziała teraz na międzynarodowym lotnisku w Monachium i czekała na swój lot. Dziesiątki tysięcy ludzi, miliony dźwięków, odbijających się od gigantycznych szklanych powierzchni klatki Flughafen Munchen i powracających echem. Zwykle siadała wtedy na wygodnym fotelu na uboczu i zatapiała się w rzędy danych na ekranie laptopa. Umiała się wyłączyć. Nie dziś. Dziś nie dało się pracować. Jakieś dzieci, dziewczynki, chyba trojaczki obrały ją sobie na cel. Matka wyraźnie sobie z nimi nie radziła.  Przychodziła co chwilę z przymilnym, przepraszającym uśmiechem i zabierała je z powrotem w okolice swojego zasiedzenia. 

– Trzeba takie wziąć na smycz, jak nic innego nie działa – pomyślała, oddając przelotny uśmiech kobiecie, za której rozkloszowaną spódnicą chował się jeszcze jeden potworek, ledwie stąpający na własnych nogach. 

– Po co im ich aż tyle? – zastanawiała się przez chwilę – Przecież dzieci płaczą, wymagają miejsca, pieniędzy, uwagi. Pieluchy, zupki, picia, zabawy klockami, siedzenie, raczkowanie, chodzenie. Samo urodzenie ich to kilka lat, odchowanie na tyle, by same trzymały butelkę, kolejnych parę miesięcy. I to razy cztery. I dźwięki, ciągle jakieś dźwięki przed tobą, za tobą, obok ciebie. Głosy, których nie możesz wyciszyć. Nie ma do tego odpowiedniego pilota. Wyrzeczenie, oddanie, zaparcie się siebie. Położenie się do trumny na czas jakiś a tak naprawdę to dożywotnio, bo przecież rodzicem jesteś już zawsze, jak tylko pozwolisz wykiełkować nowemu życiu w sobie. Podobno nie możesz zapomnieć, że je masz. Podobno zawsze o nim myślisz. Podobno… (…)

 

Rubbestadneset, 4. czerwca 2019 r.

 

Tekst został opublikowany w dniu 4. czerwca 2019 r., trakcie pięciodniowego wyzwania w grupie literaturoznawczyni, pisarki i trenerki pisania Krzysi Bezubik /prowadzi fanpejdż Piszę, bo chcęPiszemy, bo chcemy, która zmieniła zmieniła nazwę na: Kawiarnia Literacka i okolice White Clubu.

Ten pierwszy tekst, żywy jeszcze, bez korekty, przeczytasz tu.

*

 

Pełny tekst wejdzie do mojego zbioru opowiadań, o którym opowiem więcej pod koniec roku.
Uściski,
Olga Bartnik

Wszelkie prawa zastrzeżone

2 Odpowiedzi
  • Karolina Łucja Kozioł
    1 września, 2020

    Olgo, czekam niecierpliwie na ten zbiór opowiadań 🙂

    • Olga Bartnik
      1 września, 2020

      Karolina, jak ja Ci dziękuję! To kamień z serca, że nie tylko ja na nie czekam:). Będę gadać o nich jak będzie bliżej wydania:) Uściski, mocne, zielone z fiordów 🙂 Olga

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.