Anioły pod mostem | Miniatura

Siedziała przy stole nakrytym ceratą w holenderskie wiatraki, zastawionym pustymi butelkami po piwie i wódce. Na półmiskach z duralexu więdły resztki ogórków kiszonych i marynowanych podgrzybków, wyciągniętych przez gospodynię studenckiego przyjęcia z najgłębszego kąta szafki. Palcem kreśliła zarysy olbrzymich śmigieł wyrastających z masywnego korpusu jednego z młynów. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem…
Z pokoju obok dobiegał hymn pierwszego roku socjologii i drugiego prawa lubelskiej uczelni rwany mocno zmęczonym tembrem studenckiej braci – “Skaczcie do góry jak kangury”.
Co ja tu robię – pomyślała i przyjrzała się egzemplarzom, które wyłamały się z żałosnego chórku za ścianą. Śpiący, tulący się, podpierający ściany, rzygający z balkonu, trzeźwe spojrzenie zielonych oczu, brunatna, pozaciągana zasłona. Chyba mają tu kota. Wróć. Trzeźwe spojrzenie zielonych oczu. Zabębniła palcami w stół. Podszedł, usiadł naprzeciwko. Głupio jej było, gdy tak się w nią wpatrywał.
Co robić, przecież nie spuszczę oczu jak jakaś pensjonarka – pomyślała.
Sometimes I feel like I don’t have a partner
Sometimes I feel like my only friend
Is the city I live in, the city of angels
Lonely as I am, together we cry…
– zaśpiewała a capella pierwsze wersy ballady Pod mostem Red Hot Chilli Peppers, która nie wiedzieć skąd wpadła jej do ucha.
Zielone oczy nadal patrzyły w jej migdałowe. Nie odwróciła spojrzenia.
I drive on her streets ’cause she’s my companion
I walk through her hills ’cause she knows who I am
She sees my good deeds and she kisses me windy
Well, I never worry, now that is a lie…
– pociągnął zwrotkę.
Zaśmiała się, bo głos miał naprawdę dobry, cholera, jak szkolony… a ja tu wyjechałam tak na gapę!
Kącik jego ust powędrował do góry, tak jak głosy obojga splecione w refren:
I don’t ever wanna feel
Like I did that day
Take me to the place I love
Take me all the way
I don’t ever wanna feel
Like I did that day
Take me to the place I love
Take me all the way
Yeah, yeah, yeah…
To yeah niesione echem między ich głosami, przelewające się z jednego w drugi i niknące w jego dźwięku po to, by za chwilę odbić w górę.
Zapadła cisza. Śmieli się na całe gardło, tak było im przyjemnie siedzieć naprzeciw siebie i śpiewać o swoim sercu, które jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności znalazło się samo na czyjejś stancji przy Zana w mroźny sobotni wieczór. Do tego momentu nie wiedzieli, co tu robią, po co tu przyszli, jak się zabrać do domu, bo zimno, a ostatnie pieniądze poszły na składkową imprezę. Jego palce zaczęły rysować śmigła holenderskich wiatraków na ceracie coraz bliżej i bliżej jej dłoni.
– Nie znamy się, prawda? – zapytał niepewnie, zmrużył zielone.
– Nie, nie znamy się – potwierdziła.
– Ewa – przedstawiła się i wyciągnęła rękę.
– Adam – wyparował z błyskiem w oku.
Roześmiali się. Patrzyli sobie w oczy, a żadne z nich za nic nie odwróciłoby wzroku, tak przyjemnie było patrzeć w obecne, zadziwione spojrzenie drugiego człowieka.
– Prawo czy socjologia? – zapytał.
– Ja tu gościnnie – roześmiała się. – Historia sztuki i to z tej drugiej strony – dodała i puściła oko.
– Filozofia… doktorant. Z tej pierwszej – dokonał prezentacji i zakończył oczkiem. – Jesteś tu sa…
Za ścianą huknęło Maanamem i kiwający się dryblas z dyndającym lokiem nad czołem wparował do kuchni. Ledwo stał na nogach.
– Ewka, naszo grajo, no choć! – rzucił i nie zaczekawszy na nią posunął na parkiet.
Zacisnęła usta w cienką kreskę. Spojrzała na wiatraki, na zielonookiego i znów na olbrzymie błękitne śmigła z ceraty.
– Miło cię było poznać – powiedziała głosem, któremu próbowała nadać miękki ton, ale i tak zadrżał. Wstał.
– Bardzo miło – powiedział i uśmiechnął się do niej tak jakoś wbrew sobie, cynicznie. Nie zamierzał być cyniczny. Nic o niej nie wiedział. Nic poza imieniem, które okazało się być prawdziwe, tak jak jego własne, i tym, że śpiewa jak anioł.
Zajrzał do pokoju. Nie mógł się oprzeć, by zobaczyć jak tańczy.
Dzień za dniem pada deszcz... – donucił sobie pierwszy wers, który zastał go jeszcze za ścianą…
…Słońce śpi, nie ma cię,
Jest mi bardzo, bardzo źle.
Zimny kraj, zimny maj,
Koty śpią, miasto śpi,
Czarodziejskie śnią się sny.
Jej ruchy stonowane, giętkie nie przypominały drapieżnych susów czarnej pantery, których się spodziewał. Dyndas wyczyniał na parkiecie, rozpychając inne pary po kątach, widać, że poczuł bluesa. Kto by nie poczuł? Z taką dziewczyną…
W moim śnie, cudownym śnie,
Tylko kocham kocham, kocham,
Bawię się, la la, la la!
W moim śnie, cudownym śnie,
Tylko kocham kocham, kocham,
Bawię się, la la, la la!
– Wyjątkowo zimny ten maj… – mruknął Adam pod nosem. Zdjął swój zimowy płaszcz z wieszaka stojącego w ciemnym przedpokoju. nie zapalił światła, by nikogo nie alarmować swoim wyjściem, z nikim się nie żegnać. Właściwie nie miałby z kim, był tu przecież przypadkiem. Wolał zanurzyć się w oświetlone mlecznym światłem latarni uśpione miasto i śnić swój sen o Ewie po drodze do domu. A z centrum na Sławinek miał kawał drogi.
*
I w tym miejscu drogi czytelniku, narrator pozwala sobie na odrobinę prywaty, co ma nadzieję, że zostanie mu wybaczone, i zapyta: Czy wszyscy Adamowie tego świata naprawdę muszą się chować za byle liściem swojej niepewności w chwili konfrontacji Ewy z byle wężem, hm, ozdobionym co prawda malowniczym dyndającym lokiem?
A czy wszystkie Ewy, z drugiej strony patrząc, muszą tak ślepo wierzyć gadkom swoich samotnych ciotek o jednym jedynym przeznaczeniu?
Miniatura została opublikowana 10. lutego 2021 na fanpejdżu Olga Bartnik – Głębia na Facebooku.
*
Przytoczone fragmenty piosenek:
Under the Bridge Red Hot Chilli Peppers z albumu Blood Sugar Sex Magik, 1992; słowa: Anthony Kiedis, muzyka: RHCP.
Wyjątkowo zimny maj Maanam z albumu Derwisz i Anioł, 1991; słowa: Olga Jackowska /Kora/, muzyka: Marek Jackowski.
*
Wszystkie prawa zastrzeżone
2 Odpowiedzi
  • Znów powróciły wspomnienia… Trudne i mroczne. Lecz dziś wiem, że nic nie dzieje się przypadkiem. Dziękuję, Olgo, za piękną miniaturę.

    • Olga Bartnik
      luty 20, 2021

      Kasieńko, mam nadzieję, że nie przytłaczająco bolesne. Uściski i dziękuję Ci z serca, że jesteś, czytasz. Olga

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *