Balony | Opowiadanie

Balony. Ten moment, gdy otwierasz nowy plik. Biała kartka kłuje w oczy. Jesteś tylko ty i ona – czysta i zapraszająca jak Hostia. Bierzcie i… piszcie. Wchodzisz w to. Za każdym razem z takim samym drżeniem: na czyją pamiątkę? Na swoją, powie świat. Ale głos w twojej głowie mówi, że jest coś więcej w pisaniu, jak w sakramencie, jak w tobie. Coś więcej niż tylko na swoją pamiątkę. 

Byłaś tu. Wiesz, że byłaś chwilę temu. Z szklanką ołówków i skórzanym zeszytem.

Z myślami, które próbowałaś napompować jak balony. Uwiązać zielonym sznurkiem, zebrać w garść i umotać u paska. Stanąć na jarmarku różności. Jesteś widoczna, ludzinka z pękiem fenomenów chwytających ludzkie spojrzenia. Unoszących ciebie nad ziemią.

Czerwony balon błyszczy jaśniej od lilowego. Dwa niebieskie w chmurki ledwie odcinają się obrysem od błękitu nieba. Trawiastozielony wygląda jak fruwająca łąka. I twój ulubiony z owieczką. Każdy dzieciak chciałby mieć choć jedno kolorowe rozdęte cudo. Piszczą na twój widok. Sama wiesz, byłaś dzieckiem. Faktycznie jakaś część ciebie nigdy nim nie przestała być, zatrzymała się na progu dorosłości. To widać w oczach, w spojrzeniu, które chwytają dzieci jak wyciągniętą rękę, a dojrzali dorośli prześlizgują się po nim jak po intruzie. Są i tacy, którzy jako dzieci nigdy nie dostali własnego balona. Własne jest istotne, gdy jesteś dzieckiem. Nie zasłużyli. Rodzice nie mieli pieniędzy. Albo uznali za ekstrawagancję, by tak iść z pyszałkowatą nadmuchaną gumą w ręce przez całe miasto. Ci nie patrzą nawet na twarze swoich dzieci. Niespokojne pragnienie wylewa się z ich pamięci. Tu ich masz. Nie po to je dmuchałaś, by teraz wesoło podrygiwały w powietrzu, tylko żeby kusiły przechodniów. Kupują. Podchodzi niedzielna wycieczka rodzin wielodzietnych. Kupują. Wyprzedajesz wszystkie balony poza ostatnim, tym z owieczką. Śmieszy cię to, ale i cieszy. Chyba najbardziej to, że oddałaś wszystko co chciałaś oddać, zachowując najcenniejsze dla siebie. 

Obracasz się z balonem w dłoni. Zdajesz sobie sprawę z tego, że nadal stoisz na placu przykościelnym obok stoiska z cukierkami pana Anzelma. Z dzieciństwa pamiętasz jego jedno otwarte oko i garb przykryty powycieranym chałatem, którego koloru nie sposób określić. Jedno oko to aż nadto, by zobaczyć świat. Nie ma już starego, ale narzuta na stoisku przypomina ściągniętą z niego kapotę. Ukradkiem gładzisz materiał. Znów jesteś małą dziewczynką, która biegła po pańską skórkę po grzecznie wymilczanej mszy świętej. Specjalnie rozpędzałaś się po to, by wpaść na straganiarza i choć musnąć ten jego dopust boży, co podobno zapewniał szczęście. Nigdy ci to nie wyszło na zdrowie, tylko kolana pościerałaś do krwi. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła – słyszysz słowa babci Jadwigi. Czujesz jej zgrubiałe ręce na policzkach. W kieszeniach zawsze nosiła miętówki. Łatwo cię pocieszyć.

Twoje popie oczy do dziś są łase łakoci. Nim się spostrzeżesz, mózg wartościuje obleczone pozłotkami cukierki, lśniące celofanem malinowe kogutki lizaki, zapuszkowane w szklanych słojach żelki w kształcie ludzików i misiów. Mienią się pod twoim spojrzeniem, gotowe rozpuścić ci się na języku, obkleić podniebienie. Ssiesz ścianki policzków, wybierając jeden, dwa… najwyżej cztery, myślisz. Czerwone i żółte najlepsze, hmmm, słodko-kwaśne. O, nie! Tu jeszcze bęben pełen kryształków, które wirując, zmieniają się w cukrową watę. Zawisłaś w zamgleniu, jak w koszu balona, który odrywa się od ziemi napędzany gorącym powietrzem…

Nagle wpada na ciebie cię ktoś z kolejki. Zakrywa usta w urwanym śmiechu. Patrzy w górę – za balonem, który niepostrzeżenie wypuściłaś z ręki. Twoja owieczka wypełniona helem unosi się do nieba. Kochana, boża owieczka wędruje tam, gdzie jej miejsce. Opróżniasz portmonetkę z drobniaków, a ręce napełniasz torbą ze słodyczami. Nie patrzysz w oczy sprzedawcy. Przeczuwasz przekrzywiony w dół grymas ust. Wie, że i ty dałaś się złapać jak dzieciuch na paciorki swojej pamięci. 

Idziesz przez rynek do domu. Pod prąd ludzkiego strumienia. Myśli ulatują głowy. Chmury nie mącą błękitu. Jutro, za tydzień znów napełnisz nimi balony i wrócisz na rynek zerkać w cudze oczy.  

Umilkła. Po chwili dodała:

Pamiętasz? To ten moment, gdy właściwie nie stwarzasz nic nowego, a tylko pozwalasz się poprowadzić wewnętrznej narracji.

 

Zamilkła. Głaskała chłodną dłoń przekłutą wenflonem. Nic nie wskazywało na to, że Lucyna słyszała jej słowa. Respirator wdmuchiwał powietrze do płuc dziewczyny, a wypompowywał dwutlenek węgla. Miliony kieszonek powietrznych ożywia ruch maszyny precyzyjny jak zegar. Zegar mierzący rozrzedzony czas. Jak górskie powietrze podczas podróży balonem. Jak niezerwana zielona nić tętna migająca na ekranie monitora.

 

Rubbestadneset, 21. 06.2021

Pióro

Wybrane moje opowiadania: Nikt nie patrzy, gdy gasną światła, Zanosi się na deszczToast, Marzenie o zapachu arbuza, Haust ciszy, Spotkanie w parku, PustkaSzum chabrów, Królowa życia, Zimowa opowieść 2019, Schody, Róże na okno, Skala szarości, Rytuał przyjaźni, SzeptyMury i mosty, Misiak, Dzień ostatni?, Anioł w rogu pokoju, Śpiew drozda, Kolekcjonerka marzeń, Wilczyca, Komoda pamięci, Anioły pod mostem, O rybaku i złotej rybce.

 

Nastrój się na dobrą literaturę.

 

 

WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

2 Odpowiedzi
  • Anna Stranc.
    6 lutego, 2022

    Smutne, choć może ona, nie wiemy przecież, idzie w stronę łąki, gdzie żadna narracja
    nie jest już potrzebna. Jest wszystko, jesteś pełna i nie musisz już otwierać nowej strony.
    Może to właśnie tak nie inaczej, a może ja tego nie rozumiem.

    • Olga Bartnik
      6 lutego, 2022

      Ja też może nie rozumiem, to są sytuacje na progu rozumu i przyjęcia. Nie wiemy też do końca, co jest w stanie obudzić tych, którzy śpią, ani też co ocala tych, którzy zostają, trwają. Aniu, dziękuję za Twoje słowa i obecność.Olga

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.